Ostrzeżenie!

Na blogu zamieszczane są opowiadania o związkach męsko-męskich. Włącznie z graficznym opisem stosunków i tortur. Osoby niezainteresowane proszone są o opuszczenie strony :]

♂ + ♂ = ♥

Opowiadania są moją własnością i nie życzę sobie by ktoś je kopiował i/lub zamieszczał na innych stronach bez mojego pozwolenia. Wszystkie postacie, które nie należą do żadnego kanonu są wytworem mojej wyobraźni i zabraniam ich kopiowania.

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harry Potter Voldemort. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harry Potter Voldemort. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2012

Próba Miłości - Rozdział 8

Dzisiaj długo oczekiwany przez was ratunek! Spodziewałyście się takiego przebiegu akcji?
;p

Enjoy!

                                                                                   

Wezwany przez swojego, tak zwanego Pana, skierował się w stronę Sali Tronowej Voldemorta. Dopiero co wrócił z dłuższego zadania i nie spodziewał się następnego, więc miał nadzieję na szybki powrót do domu. Jednak z tym gadem nigdy nic nie wiadomo. Natychmiast schował te myśli głęboko, za murem nieważnych wspomnień. Nie mógł się zdradzić przez coś takiego.

Sprawnie przemierzył labirynt korytarzy i już po paru minutach, znalazł się w odpowiedniej komnacie. Podszedł do tronu Czernego Pana i uklęknął przed nim w geście szacunku. Był to też jeden z powodów, przez który żałował swojej decyzji o przystąpieniu do śmierciożerców. Uważał się za mężczyznę pragnącego władzy i szacunku, nienawidził uniżania się przed kimkolwiek.

-Mój Panie ?

-Lucjussszu! Dobrze, że przyssszedłeś, mam dla ciebie bardzo ważne zadanie. -Wysyczał Voldemort, gdy tylko mężczyzna się wyprostował. -Jak wiessz mamy bardzo ważnego jeńca, jednak ossstatnio nie czuje się on zbyt dobrze i chciałbym byś się nim zajął.

Czerwonooki machnął ręką w stronę drzwi, przez które wszedł jeden z jego popleczników, ciągnący ze sobą zmizerniałą postać chłopaka. Arystokrata musiał całą siłą woli powstrzymać się od wyrażenia swoich uczuć. Gdy widział nastolatka niecałe dwa tygodnie temu, był on jeszcze w, w miarę dobrej formie, przynajmniej utrzymywał się o własnych siłach. Teraz gdy śmierciożerca pozostawił go przed swoim Panem, ledwo stał pionowo.

Brudne ciało, pokryte licznymi ranami, chwiało się, gdy chłopak starał się nie upaść. Lucjusz wiedział do czego zdolni są niektórzy śmierciożercy, jednak zobaczenie tak szybkiej zmiany w wyglądzie zielonookiego, wprawiło go w osłupienie.

-Doprowadź go do ssstanu, w którym będzie miał więcej sssił, oczywiście nie musisz go rozpiesszczać, wystarczy odpowiednia kuracja i trochę odpoczynku. Za... powiedzmy cztery tygodnie oczekuję, że przybędziesssz z dzieciakiem gotowym do dalszych... zabaw.

-Tak zrobię, Mój Panie. -Malfoy skinął głową i nie doczekując się kolejnych rozkazów, chwycił nastolatka za ramię i wyciągnął z pomieszczenia.

Starał się sprawić zielonookiemu jak najmniej bólu, jednak dopóki znajdował się w pobliżu Voldemorta, musiał stwarzać pozory okrutnego arystokraty. Wyprowadził nastolatka z posiadłości i skierował się w stronę końca pola anty-aportacyjnego. Chłopak słaniał się na nogach i ledwo dotrzymywał, starszemu mężczyźnie kroku. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się pod nogi i chyba tylko dzięki temu się jeszcze nie wywrócił. Po paru uciążliwych minutach, znaleźli się w miejscu z którego mogli się swobodnie aportować.

-Złap się mocno mojego ramienia -wyszeptał platynowowłosy. -Zaraz ci pomogę, tylko musimy najpierw dostać się do mojej posiadłości.

Mężczyzna nie miał pojęcia czy chłopak go usłyszał. Zaczął nawet zastanawiać się czy cokolwiek do niego dociera, jednak po chwili poczuł jak krucha ręka zielonookiego, niepewnie chwyta go za ramię.

Znaleźli się przed bramą z kutego metalu. Otworzyła się ona, natychmiast po rozpoznaniu sygnatury pana domu. Lucjusz chciał ruszyć do przodu, jednak zdał sobie sprawę z tego, że chłopak całkowicie stracił przytomność. Po chwili wahania wziął go na ręce i ruszył w stronę domu. Drobna budowa ciała i jego minimalny ciężar, skłoniły mężczyznę do rozmyślań. Zastanawiał się od kiedy chłopak znajdował się w posiadłości Voldemorta. Potter ważył niewiele, przez jego drobną budowę można by go porównać do porcelanowej lalki.

Ostrożnie trzymając nieprzytomną postać, wkroczył do domu , od razu wzywając jednego ze skrzatów.

-Przygotuj Białą Salę! - Rzucił nawet nie zwalniając i nie zaprzątając sobie głowy patrzeniem w stronę stworzenia. -Sprowadź Narcyzę i Draco!

Skrzat niezauważenie zniknął, by wykonać zlecone mu zadania. Lucjusz, sprawnie przemierzał korytarze swojej posiadłości. Kierował się w stronę pokoju, przystosowanego do udzielania medycznej pomocy. Gdy wszedł do pomieszczenia, wszystko było już przygotowane. W kominku palił się ogrzewający ogień. Łóżko było pokryte białym prześcieradłem, a na najbliższym stoliku wystawione były najpotrzebniejsze eliksiry, opatrunki i słoiki z maściami.

Mężczyzna ostrożnie ułożył nastolatka na posłaniu. Przez chwilę, znów przyglądał się drobnej postaci. Brudne włosy posklejane potem, krwią i innymi wydzielinami, zasłaniały bladą twarz. Pod oczami widniały cienie, świadczące o wyczerpaniu organizmu. Miał na sobie zniszczoną, szarą koszulkę, która częściowo zakrywała jego nagość. Całe ciało pokryte było różnokolorowymi siniakami, ranami, nacięciami. Plama zaschniętej już krwi i spermy na udach chłopaka, przyprawiły mężczyznę o dreszcz obrzydzenia. Oczywiście nie miał on nic wspólnego z samym nastolatkiem, powodem tego rzadko spotykanego u starszego Malfoy'a uczucia, byli oprawcy zielonookiego oraz to, że sam brał udział w krzywdzeniu go.

-Ojcze, wzywa -łeś.... - młody arystokrata, zająknął się na widok, który zastał po wkroczeniu do pomieszczenia. - Na Merlna! To Potter? Co mu się stało? -Zapytał odzyskując panowanie nad sobą.

Za blondynem, do Białej Sali wkroczyła Narcyza Malfoy. Od razu podeszła do postaci ułożonej na posłaniu i delikatnie odgarnęła posklejane włosy z jego czoła.

-Czego chciał Czarny Pan, Lucjuszu? - niepewnie spytała.

-Mamy cztery tygodnie na to, by doprowadzić chłopaka do porządku. Oczekuje, że po upływie czasu powrócę „z dzieciakiem gotowym do dalszych... zabaw.” -Z obrzydzeniem zacytował słowa samego Voldemorta.

-Draco, pomóż mi z nim – kontynuował, zwracając się do syna. -Wiesz co robić.

Mężczyźni zabrali się do pracy. Doświadczenie i wiedza zdobyta przez młodszego z nich, podczas studiów na magomedyka, było bardzo pomocne. Ostrożnie usunęli koszulkę, posklejaną, zaschniętą krwią. Jeden z nich delikatnie przemywał rany, a drugi rzucił kilka podstawowych zaklęć diagnostycznych.

Zielonooki miał złamane trzy żebra oraz lewą rękę. Na szczęście żadne z nacięć na jego ciele, nie groziło jego życiu. Chłopak spinał się gdy dotykali najbardziej bolących miejsc, jednak nadal pozostawał nieświadomy. Po kilku minutach oczyszczania i zasklepiania ran, Lucjusz przytknął do ust chłopaka, fiolkę z eliksirem wzmacniającym. Zielonooki otworzył szeroko oczy, odsuwając się jak najdalej od mężczyzny.

----------------------------------------------



Harry Potter nie do końca zdawał sobie sprawę z tego gdzie się znajduje. Parę ostatnich dni było dla niego zlepkiem bezpiecznej czerni i przebłysków świadomości. Pamiętał jak kolejny raz został zaprowadzony do Voldemorta i jak z całych sił starał się utrzymać prosto, mgliście pamiętając co stało się ostatnio gdy upadł z wycieńczenia. Nie mógł się skupić na rozmowie prowadzonej przez.... dwóch mężczyzn. Nie był pewny co do ilości obecnych wtedy osób, wiedział, że ucieszył się, gdy śmierciożerca stojący koło niego, wyciągnął go za ramie z pomieszczenia. Następnie znalazł się gdzieś, gdzie było dużo świeżego powietrza, które pozwoliło mu odzyskać choć trochę świadomości. Utracił ją jednak z powrotem, gdy ogarnęło go uczucie zgniatania, przeciskania i towarzyszącej temu wszystkiemu prędkości.

Zaczęły docierać do niego przytłumione dźwięki. Ból pojawiał się w różnych częściach ciała, jednak trwał on tylko chwilę i z pewnością był dużo mniejszy niż ten, którego ostatnio doświadczał. W pewnym momencie coś kazało mu się odsunąć, uciekać, chronić. Otworzył oczy, chcąc poznać sytuację w której się znajduje jednak oślepiło go, niespodziewane światło padające na jego twarz. Odsunął się od ręki, która zamajaczyła mu przed oczami.

Zacisnął usta, rozpoznając fiolkę z eliksirem. Spanikowany rozejrzał się po pomieszczeniu. Oczy, które przyzwyczaiły się już do światła, szybko przeskakiwały po przeróżnych przedmiotach w odcieniach bieli i błękitu. Zauważył dwie postacie stojące w oddali i jakiegoś mężczyznę pochylającego się nad nim.

-Spokojnie, chcemy ci pomóc- dobiegł do niego cichy głos. Brzmiał on znajomo, jednak nie mógł sobie przypomnieć jego właściciela. -Wypij eliksir, pomoże ci zregenerować siły.

Harry pokręcił głową i zacisnął jeszcze bardziej usta. Nie chciał spożywać żadnych eliksirów. Ostatnio nic nie jadł, a nie chciał znów wymiotować krwią i przetrawionymi eliksirami. Zacisnął oczy, spod których wypłynęło kilka łez. Skulił się do pozycji embrionalnej, dalej kręcąc odmownie głową.

-Draco, sprowadź Severusa. I tak chciałem z nim później porozmawiać, a teraz może przydać się nam jego pomoc.

Blondyn wyszedł, by wykonać polecenie ojca. Widok swojego rówieśnika, którego przez długi czas uważał za szkolnego wroga, wstrząsnął nim dogłębnie. Szybko skierował się do najbliższego pokoju z kominkiem i skontaktował się ze swoim chrzestnym. Nastolatek, w obawie przed podsłuchem, użył wymówki, opracowanej przez jego opiekunów, by sprowadzić pomoc bez wzbudzania zbędnych podejrzeń.

Po paru minutach, szedł z powrotem do Białej Sali w towarzystwie postrachu Hogwartu. Po przekroczeniu progu pomieszczenia, chłopak zauważył, że zielonooki nadal kulił się na łóżku, uniemożliwiając padanie mu eliksiru.

Snape szybko opanował się po tym jak zobaczył, ulubieńca Dumbledora w takim stanie. Podszedł do Lucjusza i gdy ten szybko wyjaśnił mu całą sytuację, przejął od niego fiolkę z eliksirem i stanął po drugiej stronie łóżka.

-Postaraj się go wyprostować i odciągnij jego głowę do tyłu- polecił przyjacielowi. -Z tego co widzę, jest bardzo wyczerpany i nie powinien móc się opierać.

Platynowo-włosy mężczyzna odciągnął ramiona chłopaka do tyłu i przygwoździł je do posłania. Snape spojrzał w zamyśleniu na kruchą postać i zdecydował się podać najpierw eliksir bezsennego snu, by móc później spokojnie dokończyć leczenie.

Zielone oczy spoglądały ze strachem, to na jednego, to na drugiego, obawiając się tego co zaraz może się stać. Gdy mężczyzna o czarnych włosach i oczach nachylił się nad nim, Harry nie wytrzymał i zaczął się wyrywać. Przerażenie i podświadoma obawa o coś, czego nie mógł jeszcze zrozumieć osiągnęła maksymalny poziom i postanowił opuścić wewnętrzny azyl.

-Nie! Puść... nie chcę -wychrypiał, gdy gardło sprzeciwiło się krzykowi. Szarpanie się nie przynosiło, żadnych skutków jednak dalej próbował. -Zostaw... nie chcę...

Severus wykorzystał usta otwarte w próbie zaczerpnięcia oddechu i szybko wlał w nie eliksir. Zielone oczy spojrzały na niego ze strachem, który po chwili przemienił się w poczucie zdrady, by na końcu stać się zrezygnowaniem. Po bladych policzkach spłynęły kolejne łzy.

-Nie chcę... nie... chcę.... - wyszeptał Harry zanim zapadł w sen pozbawiony koszmarów.

Mężczyźni spojrzeli ze współczuciem na bezwładne już teraz ciało, lecz każdy z nich szybko ukrył to uczucie za maską zimna i opanowania. Lucjusz ułożył wygodniej chłopaka i po przykryciu go cienkim, jasnym prześcieradłem, odsunął się, pozwalając działać swojemu przyjacielowi.

Snape powoli sprawdzał całe ciało zielonookiego, upewniając się jakich eliksirów będzie jeszcze potrzebował. Kierował się od głowy w dół, za każdym razem mówiąc swojemu chrześniakowi co ma jeszcze przygotować. Jego różdżka zatrzymała się wycelowana w brzuch nastolatka. Mężczyzna sapnął zaskoczony i parę razy ponawiał próbę przeskanowania, tego fragmentu ciała.

-Co się stało? -Zapytał Lucjusz, doskonale odczytując zdziwienie pojawiające się na twarzy Mistrza Eliksirów.

-To jest.... -osoby znajdujące się w pomieszczeniu, pierwszy raz mogły usłyszeć jak zawsze opanowany mężczyzna się waha. -Muszę się temu lepiej przyjrzeć.

Pochylił się nad bezwładnym ciałem i ostrożnie przesuwał różdżką po brzuchu zielonookiego. Jego twarz wyrażała największe skupienie i dopiero po paru minutach milczenia, poraz kolejny zaskoczył towarzyszące mu osoby.

-Na Merlina! - Wykrztusił. Jego ręka bezwiednie zaciskała się na kawałku drewna, a wzrok z niedowierzaniem skierowany był na twarz chłopaka. -Pierwszy raz mam z czymś takim do czynienia – zaczął wyjaśniać. -Jego brzuch jest osłonięty czymś, jakby peleryną jego własnej magii. Skupia się ona na ochronie, więc trochę zajęło mi przedostanie się przez nią. -Zrobił krótką przerwę, tak jakby sam nie był pewny czy to co mówi jest prawdą. -Wygląda na to, że Potter jest w ciąży.

sobota, 25 lutego 2012

Próba Miłości - Rozdział 7

Bardzo was przepraszam za to opóźnienie (choć chyba nikt go nie zauważył)! W poprzedni weekend byłam na osiemnastce i po powrocie do domu całkowicie zapomniałam o dodaniu rozdziału. Mam nadzieję, że mnie za to nie zagryziecie. Rozdział krótszy niż planowany, no ale mówi się trudno.
Asai -Cieszę się, że nadrobiłaś zaległości. Ratunek już niedługo!
Ryżyk -Bardzo proszę, scena gwałtu. Niestety jedna z ostatnich :p 

Enjoy!!

                                                                                          

 Dwa dni później, psychika zielonookiego była całkowicie rozchwiana. Zdawało mu się, że słyszy rozmowy śmierciożerców, lecz gdy próbował się im przysłuchać, nagle zalegała cisza i nie dochodził do niego choćby najcichszy szmer. Brak jedzenia i picia, także miał na niego ogromny wpływ. Ręce mu się trzęsły i z trudem utrzymywał się na nogach. Jego marzeniem była szklanka letniej wody.

Nie zasypiał, na dłużej niż kilka godzin, obawiając się wciąż powracających koszmarów. Parę razy wydawało mu się nawet, że wuj Vernon zaraz wejdzie przez drzwi i znów zacznie go bić za to, że krzyczał w nocy.

Wieczorem siedział na pryczy, z podciągniętymi do klatki piersiowej nogami, gdy usłyszał kroki nadchodzące z końca korytarza. Nie będąc pewnym czy znów mu się, po prostu nie przesłyszało, nie wykonał żadnego ruchu.

Śmierciożerca, który wszedł do jego celi, wybuchł rechotem, sprawiającym, że przez zmizerniałe ciało nastolatka przebiegły dreszcze. Zdezorientowany Harry, podniósł rozbiegany wzrok i z trudem spojrzał na zamaskowaną postać. Mężczyzna chyba coś mówił, jednak zielonooki nie mógł tego dosłyszeć.

Nastolatek nie zdawał sobie sprawy z tego, co wydarzyło się potem, w pewnym momencie po prostu znalazł się na podłodze Sali Tronowej Voldemorta. Otaczało go pięciu śmierciożerców, jednak tylko dwóch z nich należało do wewnętrznego kręgu, reszta miała zwyczajne białe maski.

Nie zwracając na nic więcej uwagi, Harry postanowił się zdrzemnąć, było tutaj dużo czystsze powietrze niż w jego celi i mógł swobodnie oddychać. Położył głowę na kamiennej posadzce, podciągając kończyny bliżej tułowia.

Jego postanowienie chyba się komuś nie spodobało, gdyż w momencie gdy zamknął oczy, poczuł szarpnięcie za włosy i jego twarz została skierowana w stronę krwistoczerwonych oczu.

-Potter ssłuchaj jak do ciebie mówię! -syknął Voldemort. - Nie mam zamiaru się powtarzać! -Zrobił krótką przerwę, podczas której podszedł do skulonej postaci. - Zanim pozwolę się zabawić tym paru śmierciożerom, którzy wykazali się podczasss ostatniej akcji, chciałbym się dowiedzieć czy ssspodobała ci się wizja twojej śmierci?

Harry nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Przez to, że nic nie pił, ani nie jadł przez te parę ostatnich dni, miał zaschnięte gardło i jedynym co opuściło jego usta był przerywany szept.

-Nie zamierzasssz mi odpowiedzieć?! - wysyczał wściekły Voldemort. -Dobrze... niech tak będzie. Nie mussicie się ograniczać, jesst do wassszej dysspozycji -zwrócił się do swoich popleczników.

Otępiały Harry nie potrafił utrzymać głowy w powietrzu i gdy jego włosy zostały wypuszczone z potężnej ręki śmierciożercy, uderzył nią w kamienną podłogę. Zamroczyło go i nie był w stanie zareagować na poczynania śmierciożerców. Dwóch z nich przewróciło go na plecy i przytrzymywało ręce w górze, a para kolejnych rozszerzyła jego nogi.

Ból w stawach otrzeźwił jego myśli. Szarpnął się, starając uwolnić napięte kończyny. Zamaskowani mężczyźni wybuchli rechotem. Rozszerzyli jeszcze bardziej uda zielonookiego, a ręce podciągnęli wyżej. Harry zdał sobie sprawę z tego co za chwilę się stanie, gdy zobaczył pochylającą się nad nim zamaskowaną postać. Zacisnął szczęki i oczy w oczekiwaniu na najgorsze.

Uczucie rozrywania jego wnętrza, spowodowało wygięcie się jego ciała w łuk. Serce wyrywało mu się z klatki piersiowej, a oddech stał się nierówny i płytki. Czuł jak obce ciało porusza się w nim, sprawiając, że po jego udach zaczęła spływać krew. Krzyknął przeraźliwie, jednak gardło będące już w i tak opłakanym stanie, zaprotestowało ukłuciem bólu. Niczym nie chroniona skóra ocierała się o kamienną posadzkę w rytm pchnięć napastnika. Stawy kończyn przytrzymywanych przez pozostałych śmierciożerców, były wygięte pod takim kątem, że niewiele brakowało do spowodowania złamań lub zwichnięć.

Po policzkach zielonookiego spływały łzy i przez jedną absurdalną chwilę, chłopak pomyślał o tym, że właśnie traci cenną wodę z organizmu. Spazmatycznie nabierał powietrza w obolałe płuca, starając się uspokoić. Jednak na wiele się to nie zdało, gdyż napastnik przyśpieszał, sprawiając mu coraz większy ból. Zdecydował się pozostawać biernym, mając nadzieję, że gdy śmierciożercy zaspokoją swoje potrzeby- dadzą mu spokój.

Po tym jak piątka popleczników Voldemorta wielokrotnie doszła w jego wnętrzu, chłopak pokryty potem, krwią i spermą, leżał wycieńczony na kamiennej posadzce, czekając na decyzję Czarnego Pana. Było mu już obojętne co stanie się dalej. Czy krwistooki zdecyduje się na dalsze tortury, czy może odeśle go do lochów. Harry był tak obolały, że nie mógł sobie w tej chwili wyobrazić gorszej sytuacji. Podświadomie wiedział, że po Voldemorcie może się spodziewać najbardziej absurdalnych pomysłów, jednak wewnętrznie bronił się przed takimi wizjami.

Mężczyzna o gadziej twarzy syczał coś, jednak sens jego słów nie docierał do umysłu Harrego, który odpłynął do swojego, wewnętrznego azylu. Jeden z śmieciożerców rzucił na niego zaklęcie lewitacji i nie kłopocząc się z podnoszeniem go na wystarczającą wysokość, zaczął ciągnąć po podłodze. W asyście kolejnych dwóch, zamaskowanych mężczyzn, dotarł do swojej celi i został do niej brutalnie wrzucony.

Zauważył, że tym razem nie kłopotali się składaniem go do kupy. Zwykle ktoś leczył jego najgorsze rany, lecz teraz nie otrzymał nawet eliksiru na wzmocnienie. Zwinął się w kłębek, oddychając z trudem. Zaszlochał, czując jak wycieka z niego mieszanina sperm i krwi. Ręce mu się trzęsły, utrudniając zaplecenie ich na klatce piersiowej, w celu zatrzymania ciepła.

Czuł się brudny. Nie tylko w kwestii fizycznej, ale także wewnętrznie. Za każdym razem gdy powracało do niego to, co zrobili z nim od czasu porwania, chciało mu się wymiotować. Przypominał sobie te brudne, spocone, potężne dłonie, przytrzymujące jego biodra tylko po to, by zapewnić sobie głębsze doznania, a jemu większy ból. Oślizgłe języki, przesuwające się po jego ciele, przyprawiające o dreszcze. To okropne uczucie rozrywania, towarzyszące, wdzieraniu się napastnika w jego ciało. Wszystko to sprawiało, że miał ochotę, wziąć szorstką gąbkę i szorować się, aż do krwi, choć podświadomie wiedział, że to i tak by nie pomogło. Miał wrażenie jakby przesiąkł brudem, jakby pierwszy dotyk śmierciożercy tamtego feralnego dnia, przesądził o przeznaczeniu jego ciała.

Starał się nie myśleć o tym, jakby zareagował jego partner, gdyby wrócił do domu. Najgorsze wizje, podsyłane przez zmęczony umysł, były bardziej bolesne od niektórych klątw torturujących. Zdawał sobie sprawę z tego, że On na pewno by go celowo nie skrzywdził, jednak nikt nie może przewidzieć reakcji drugiej osoby, na powrót... zbrukanego kochanka.

Przestań o tym myśleć! Krzyknął na siebie. Pewnie i tak nie wrócisz do domu, więc nie ma się czym zadręczać!

Kłócił się ze sobą wewnętrznie, jeszcze przez dłuższy czas. Część jego umysłu nadal miała nadzieję na ratunek, jednak była ona skutecznie tłumiona przez dwie pozostałe, które spierały się pomiędzy szybą śmiercią, a nieskończonym cierpieniem.

Następnego dnia czekały go kolejne tortury i gwałty, a brak jakiegokolwiek pożywienia nie pomagał w regenerowaniu sił. Nie pamiętał co dokładnie stało się po tym jak znów zaciągnęli go przed oblicze Voldemorta. Był ledwo przytomny z głodu i bólu, gdy kolejni poplecznicy Czarnego Pana gwałcili jego zmaltretowane ciało. Co jakiś czas, jakby wybudzał się ze stanu otępienia, tylko po to by kolejnych uderzeniach pięści lub obcych bioder o jego własne, znów odpływać do bezpiecznego azylu we własnej głowie.

Tak było lepiej, mógł nie zwracać uwagi, na to, co z nim aktualnie robili śmierciożercy i cierpliwie czekać na upragniony koniec.

Po godzinach znęcania się nad jego ciałem, jeden z popleczników Voldemorta, znów zaciągnął go do lochów i porzucił brudnego w celi. Tym razem, tak bardzo zagłębił się w azylu swojego umysłu, że nie miał zamiaru z niego powracać w najbliższym czasie. Trwał otoczony czernią bezpieczeństwa, nie zwracając uwagi na ból oraz nie myśląc o tym, co go czeka następnego dnia.

                                                                                                    
Ps.  Aktualnie pracuję nad trochę innym projektem. Crossover Harrego Pottera i serialu Supernatural. Parring: Dean/Harry, Mpreg. Niedługo więcej informacji!
Co o tym myślicie ?

sobota, 11 lutego 2012

Próba Miłości - Rozdział 6



Ryżyk... tak wiem, trochę się znęcam nad Harrym :] ale niedługo się to zmieni. Zostały jeszcze może z dwie takie sceny, a później... jeszcze będzie trzeba czekać na Ktosia. Cóż poradzić, taka wena :D

Ps. Przy opisie tego opowiadania i spisie wszystkich rozdziałów dodałam krótkie uwagi, wskazujące na to, który rozdział zawiera gwałty itp. Planuję jeszcze zaznaczyć jakoś same opisy tych scen aby wrażliwe osoby mogły je ominąć.

Enjoy!!!

                                                                              

Zielonooki obudził się nagle, czując potworne mdłości. Przechylił się na bok i zwymiotował mieszaniną eliksirów, żółci i krwi. Wytarł usta ręką i przez chwilę wpatrywał się w podłogę. Do jego zasnutego mgłą snu umysłu, powoli docierało to, co się stało. Przestraszył się i zaczął oddychać szybciej. Wymiotowanie krwią na pewno, nie oznaczało nic dobrego. Delikatnie dotknął brzucha i od razu skrzywił się z bólu. Podwinął koszulkę, którą znów ktoś na niego założył, jednak nie zobaczył żadnych siniaków, świadczących o krwotoku.

Kolejny raz skierował palce na wrażliwe miejsce i ignorując ukłucie bólu, zaczął delikatnie je głaskać. Po paru chwilach, nieprzyjemne uczucie zniknęło. Nie przestając masować brzucha, Harry zaczął szeptać:

-Przepraszam... wiem, że miałem go nie prowokować. -Sam nie wiedział czemu to mówi, ale czuł się dzięki temu lepiej. -Tylko, że ja naprawdę nie wiem dlaczego tak zareagował. Wiem, on jest nieobliczalny, ale czego się spodziewał, co... myślał, że mi się spodoba to, co robił?

Zmaltretowanym ciałem chłopaka wstrząsnął szloch. Skulił się jeszcze bardziej, przytulając się do brzucha.

-Chce do domu, wiesz? Już zaczynam zapominać jak brzmiał Jego głos... Myślę, że jednak nie uda mi się stąd wyrwać. Prawdopodobnie zginę za parę dni i nie dowiem się dlaczego mówię sam do siebie -na jego usta wypłynął lekki uśmiech. -Gadam ze swoim brzuchem, jest tylko jedno wytłumaczenie – zwariowałem.

Harry parsknął śmiechem, który niemal natychmiast zamienił się w szloch. Płakał, nie zwracając uwagi na otoczenie. Wspomnieniami powracał do momentów, gdy jego wybranek, pocieszał go po tym, jak bili go Dursley'owie lub po nocnych koszmarach. Przywołał do siebie uczucie błogiego spokoju, którego wtedy doświadczał. Duże, ciepłe ramiona zawsze sprawiały, że czuł się bezpiecznie. Tak bardzo chciał móc się teraz w nie wtulić. Zatracić się w Jego unikatowym zapachu.

Zmęczony zasnął z lekkim uśmiechem na ustach.

Obudził się z dziwnym przeczuciem, że coś się zmieniło. Uniósł się na łokciach i rozejrzał po celi, jednak wszystko było na swoim miejscu. Taca z jedzeniem zmieniła tor jego myśli. Chłopak ostrożnie podniósł się z posłania, odczuwając lekkie zawroty głowy. Chwycił kawałek metalu, na którym stała mała miseczka, szklanka wody oraz kilka kromek chleba i powrócił na swoją pryczę.

Powoli spożywał posiłek, nie zwracając już uwagi na brak jakiegokolwiek smaku. Znów poczuł, że coś jest nie w porządku. Zaraz.... ile czasu spałem? Czy nie powinni zabierać mnie znów do Voldemoerta? Oczywiście nie chciał nigdy więcej widzieć jego gadziej twarzy, jednak zwykle przychodzili najdalej co dwa dni. Chociaż nie był tego do końca pewny, często tracił poczucie czasu przez ograniczony dostęp światła i utraty przytomności.

Podejrzewał, że jest już tu około dwa tygodnie. Może znudziłem się Voldemortowi? Z wczorajszej „zabawy” raczej nie był zadowolony. Na samo wspomnienie zrobiło się Harremu niedobrze. Ponownie zwinął się do pozycji embrionalnej. Po parunastu minutach, powieki zaczęły mu ciążyć, z cichym westchnieniem zrezygnowania, oddał się w objęcia Morfeusza.

Następnego dnia jego niepokój pogłębił się, gdy skrzat z jedzeniem nie przybył. Zielonooki został zmuszony do sięgnięcia po swoje małe zapasy, suchy chleb zapchał żołądek i przez jakiś czas miał spokój przynajmniej z głodem. Zestresowany przemierzał swoją celę w tę i z powrotem, nie mogąc skupić się na niczym. Jego myśli pędziły jak oszalałe, co chwila podsyłając mu obrazy tego co mogą aktualnie robić śmierciożercy albo tego co zrobi z nim Voldemort po powrocie.

Z nerwów zaczął go boleć brzuch, więc usiadł na pryczy, podciągając kolana do klatki piersiowej i starał się uspokoić. Obgryzł już wszystkie paznokcie i teraz trzymał kciuka w ustach, przygryzając go co chwilę. Nie zauważył, że zaczął bujać się do przodu i tyłu, wpatrywał się w przestrzeń, a przed oczami migały mu okropne obrazy.

Nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Co chwile miał ochotę wybuchnąć płaczem, lecz zaraz po tym opanowywała go nadzieja na to, że przybył ktoś na ratunek. Może ktoś dowiedział się gdzie się znajduje i właśnie teraz walczy z poplecznikami Voldemorta. Najczęściej jednak znajdował się w stanie przyjemnego otępienia, gdzie niczym się nie przejmował i mógł po prostu trwać. Przesiedział tak kilka godzin, aż w końcu zapadł w niespokojny sen.

Tej nocy męczyły go koszmary, był niemal pewny, że wszystko co widział odbywało się właśnie w tej chwili, gdzieś na świecie. Być może była to wizja, jednak tak dawno żadnej nie miał dzięki Oklumencji, że nie pamiętał już po czym rozróżniał zwykły koszmar od rzeczywistych poczynań Czarnego Pana.

Voldemort stał na środku ulicy i obserwował chaos panujący dookoła. Śmierciożercy palili domy, torturowali ludzi, gwałcili i mordowali. Nie zwracając uwagi na wiek. Mugol to przecież mugol. Harry usłyszał głuchy odgłos towarzyszący upadaniu ciała na beton. Skierował swój wzrok niżej i … wybuchł śmiechem. Nie to nie ja.... to Voldemort. Jestem w jego umyśle. Czerwonooki przyjrzał się z zaciekawieniem leżącej u jego stóp postaci.

Nastoletni chłopak miał co najwyżej osiemnaście lat. Długie czarne włosy były posklejane od potu i krwi. To co zostało z jego ubrania nawet skrzaty, uznałyby za szmaty. Postać drgnęła lekko i zaczęła unosić się na rękach.

-Crucio!- wysyczał w wężomowie Voldemort nie dając się chłopakowi podnieść. -Harry Potterze, zobacz co cię czeka w niedalekiej przyszłości. Będziesz się wić u mych stóp jak zwykły mugol!

Zielonooki czuł porażający ból. Krzyczał razem z maltretowanym chłopakiem, odczuwając każdą klątwę i torturę. Po którejś z kolei fali cierpienia, spadł z pryczy i wił się w spazmach na podłodze. Krew ciekła mu z nosa i ust, kończyny odczuwały każde zaklęcie łamiące, jednak nadal pozostawały w całości.

Po parunastu minutach tortur chłopak znajdujący się przed Voldemortem poruszał się tylko w pocruciatusowych drgawkach. Czarny Pan zaśmiał się triumfalnie i dopiero wtedy zdecydował się uśmiercić nastolatka.

-Avada Kedavra!

Harry ujrzał zielony błysk i otworzył oczy, gwałtownie wciągając powietrze.. Zwymiotował na podłogę koło swojej twarzy i wybuchł niekontrolowanym szlochem. Chciał podnieść się w podłogi lecz każdy nawet najmniejszy ruch sprawiał mu okropny ból. Po jakimś czasie udało mu się zwinąć w kłębek.

Leżał tak, nieprzerwanie płacząc, a spływające łzy mieszały się z krwią i spływały na kamienną podłogę. Zrobiło mu się zimno lecz nie miał sił by, ruszyć się choćby o kolejny milimetr.

Nie wiedział do końca czym spowodowany był jego szloch. Czy tym, że ten chłopak umarł tylko po to by, Voldemort mógł mu pokazać jak go zabije, czy może z powodu tego jak umrze. Jego wycieńczone ciało, coraz gorzej znosiło każdą torturę, wątpił by udało mu się wytrzymać choć część tego, czego dzisiaj był świadkiem.

Po paru godzinach, z trudem udało mu się przenieść na pryczę. Zdrętwiałe, trzęsące się kończyny w niczym nie pomagały, a mdłości doprowadziły do tego, że utworzył kolejną kałużę żółci i krwi na podłodze.

Znów zaczął go boleć brzuch. Delikatnie zaczął go masować, przesyłając uzdrawiającą magię. Tak samo jak ostatnio robił to podświadomie, wiedział tylko, że to pomaga i polepsza jego samopoczucie. Bezwiednie wykonywał okrężne ruchy, dopóki Morfeusz nie porwał go w swoje ramiona.

Gdy się obudził, nie miał nawet sił by, unieść się na rękach. Ledwo udało mu się rozejrzeć po ciasnym pomieszczeniu. Podłoga dalej była pokryta jego krwią i wymiocinami, a brak tacy z jedzeniem ledwo zauważył. Jedynym o czym myślał było to, że Voldemort go zabije.

Wiedział o tym od początku, jednak zawsze tliła się w nim mała iskierka nadziei na ratunek. Widocznie zabawka mu się znudziła i teraz się jej pozbędzie. Może gdyby był bardziej posłuszny to udałoby mu się pożyć trochę dłużej, lecz co to by było za życie. Tortury, gwałty i nieustające poniżenie. Wiedział też, że nie byłby w stanie, zmusić się do bycia... lepszą zabawką. Nigdy nie odpowiedziałby na żaden dotyk tego oślizgłego gada.

Zatopił się w rozmyślaniach, nie zwracając uwagi na upływ czasu. Zastanawiał się kiedy wróci Voldemort i czy od razu będzie chciał go zabić. No może nie od razu, zielonooki nawet nie marzył o pominięciu tortur. Zamęczą go, aż nie będzie w stanie choćby poruszyć palcem i wtedy dopiero z nim skończą.

Całodniowe rozmyślanie o okolicznościach własnej śmierci, nie wpłynęło dobrze na psychikę chłopaka. Można by powiedzieć, że po przeanalizowaniu tak wielu możliwości, zielonooki pogodził się ze swoim losem. Oczywiście, że nie chciał umierać, jednak co mógł zrobić. Nie zniżyłby się do błagania, nawet gdyby miał choć minimalne szanse na odniesienie sukcesu. Dobrze wiedział, że Voldemort nie opuszcza swoim wrogom.

Wieczorem udało mu się poruszyć ręką, nie odczuwając przy tym prawie żadnego bólu. Nie chcąc zasypiać w obawie przed kolejnymi wizjami, a nie mając sił na zastosowanie Oklumencji, powoli próbował rozruszać obolałe kończyny.

Po paru godzinach, był w stanie usiąść niemal bezboleśnie, na pryczy. Delikatnie rozciągał i masował nogi, starając się odgonić myśli, które towarzyszyły mu przez cały dzień. Teraz gdy jego żołądek zdążył się uspokoić, Harry zaczął odczuwać głód. Z nadzieją spojrzał na miejsce, gdzie skrzaty zwykle stawiały tace z jedzeniem, jednak nic się tam nie znajdowało. Westchnął i zrezygnowany opadł z powrotem na posłanie.

Zdrzemnął się dopiero, gdy słońce zaczęło wpadać przez małe okienko. Nic mu się nie śniło i był za to bardzo wdzięczny.


sobota, 4 lutego 2012

Próba Miłości - Rozdział 5

Moja wena doświadcza chyba zaburzenia dysocjacyjnego tożsamości. Zamiast skupić się na jednym opowiadaniu podsyła mi co chwilę nowe pomysły. To jest okropne! Jak ona tak może?

Asai... sama się dziwię, że mi tak wychodzi to pisanie :] Trzymam kciuki za twój internet!
Ryżyk - niepożądanych masturbacji ciąg dalszy!

Enjoy

                                                                      

Harry wybudzał się z głębokiego snu, który najprawdopodobniej zawdzięczał eliksirom. Ospale uchylił oczy i nieprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w sufit swojej celi. Stopniowo odzyskiwał władzę w całym ciele, co łączyło się także z powrotem bólu. Zaczął głęboko oddychać, starając się rozluźnić mięśnie. Nagle dopadły go mdłości nie do zignorowania. Nie czując się na siłach by podejść do kąta, w którym zwykle załatwiał takie sprawy, wychylił się poza pryczę i opróżnił swój żołądek na podłogę.

Ręce zaczęły mu się trząść, więc przycisnął je do brzucha i czekał, aż jego organizm się uspokoi. Sceny z wczorajszych wydarzeń przelatywały mu przed oczami, z wyczerpania nie mógł nawet powstrzymać napływających do oczu łez.

W samotnej celi jego szloch było słychać bardzo wyraźnie, jednak tym się nie przejmował. Zaczął wątpić w podjęcie takiej, a nie innej decyzji. Może lepiej by było, gdyby zabili go na początku. Nie umierałby teraz z wyczerpania, bólu i tęsknoty. Coraz bardziej odległa wydawała mu się wizja powrotu do domu. Był tutaj od ponad dziesięciu dni, jednak dla niego była to wieczność.

Znów przyłapał się na bezwiednym głaskaniu brzucha. Nie czuł się głodny, więc może był to po prostu jakiś odruch... nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Sprawiało mu to przyjemność więc nie zamierzał na siłę odciągać ręki. Kontynuował wykonywanie okrężnych ruchów dłonią, skupiając się tylko na tym doznaniu. Nie była to czynność podniecająca, nic w tym stylu, gdy przejeżdżał opuszkami po delikatnej skórze, czuł się bezpieczny oraz malało uczucie samotności.

Po spędzonych tak paru minutach, które pozwoliły mu się trochę odprężyć i uciec od nieprzyjemnych myśli, zdał sobie z czegoś sprawę. Potrzeba ochrony brzucha była zbyt wielka, by ją zignorować. Spojrzał w dół, na zasłonięty cienkim materiałem koszulki, kawałek ciała. Zastanawiał się jak mógłby go obronić. Na pewno nie zaszkodziłoby się postarać, nie prowokować śmierciożerców i Voldemorta do uderzenia go, jednocześnie nie dając im odkryć własnego celu. Gdyby dowiedzieli się, że obawia się naruszenia przez nich jego brzucha, z pewnością by to wykorzystali przeciw niemu.

Nagle w jego głowie zaświtała pewna myśl. Jestem przecież czarodziejem. Zdawało mu się, jakby podświadomie wiedział, co ma zrobić. Skierował znaczną część swojej magii na brzuch, cały czas skupiając się na obronie i stawianiu przeróżnych zabezpieczeń. Paręnaście minut później poczuł, że mu się udało. Jeszcze bardziej wykończony niż przed przekazaniem magii, zwinął się w kłębek i zapadł w kolejny sen. Tym razem pozbawiony, choć części zmartwień.

Resztę dnia spędził w swojej celi samotnie. Z jednej strony cieszył się, że dali mu na jakiś czas spokój, lecz mógłby to nazwać także, ciszą przed burzą. Obawiał się tego, co może dla niego zaplanować Voldemort. Nigdy nie wiadomo, jaki pomysł wpadnie do tego gadziego mózgu.

Wieczorem, następnego dnia, zamaskowana postać weszła do jego celi i nic nie mówiąc wywlekła za ramię na korytarz. Harry nie wiedział co się dzieje i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się w innej części posiadłości. Przeraził się, starając rozpoznać choćby element skromnego wystroju czy nawet, fragment ściany. Jednak nic nie wskazywało na to, by kiedykolwiek był w tej części budynku.

Kościste palce śmierciożercy wbijały się boleśnie w jego nieosłonięte ramię, sprawiając, że nie mógł dłużej na niczym się skupić. Co chwilę się potykał i tylko bolesny uścisk, utrzymywał go w pionie. Rozkojarzony, nie zauważył krótkiego postoju przed masywnymi drzwiami. Z letargu wybudziło go gwałtowne spotkanie z podłogą. Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu. Czarne mroczki migały mu przed oczami, jednak udało mu się zaobserwować parę rzeczy.

Leżał na drewnianej podłodze, co było miłą odmianą po wiecznie zimnym kamieniu i marmurze. Wzdłuż ścian ciągnęły się regały zapełnione książkami, a naprzeciwko drzwi znajdowało się potężne biurko zawalone różnymi papierami. Pomieszczenie było utrzymane w odcieniach srebra i zieleni, co zbytnio nie zdziwiło chłopaka. Za plecami usłyszał trzaśnięcie drzwi, wystraszony odwrócił w tamtą stronę głowę. W głębi duszy wiedział kogo zobaczy.

Lord Voldemort górował nad nim, z złowieszczym uśmiechem. Podszedł do masywnego fotela, znajdującego się niedaleko biurka i usiadł na nim, z jakąś mroczną gracją. Czerpiąc dziwną przyjemność z zaistniałej sytuacji, dalej wpatrywał się w zielonookiego, wywołując u niego nerwowe dreszcze.

Nie miał pojęcia czego się spodziewać po czerwonookim. Do tej pory wysługiwał się w gwałtach, swoimi podwładnymi, jednak teraz znajdowali się sami w średniej wielkości biurze. Z nerwowym wyczekiwaniem, obserwował gadzią twarz, czekając na jakikolwiek gest, ruch czy słowo.

-Wiesz... -zaczął niespodziewanie mówić w wężomowie. -Moje ciało nie jest idealne, owszem nieśmiertelne, jednak nadal posiada wiele wad.

Chłopak nie miał pojęcia dlaczego wróg mówi mu o takich rzeczach, zignorował złe przeczucie i wsłuchał się w słowa Voldemorta.

-Jednakże podczas naszego ostatniego spotkania, Bellatriks podsunęła mi cudowny pomysł.

Przez ciało Harrego przeszedł dreszcz obrzydzenia, gdy czerwonooki wstał z fotela i nachylił się nad nim. Wyciągnięta gadzia ręka przejechała po policzku zielonookiego i skierowała się niżej, przez szyję, na obojczyku kończąc. Chłopak instynktownie się odsunął, uciekając od dotyku, przyprawiającego go o mdłości.

W oczach Voldemorta było coś, czego Harry nie rozumiał i szczerze powiedziawszy nie chciał zrozumieć. Wszystko co łączyło się z tym psychopatą, było niebezpieczne i trudne do pojęcia dla zdrowych umysłowo ludzi.

-Żałuję, że nie mogę cię pieprzyć, aż do nieprzytomności... - Chłopak głęboko wciągnął powietrze na te słowa. Odsunął się jeszcze dalej od ponownie wyciągniętej, bladej ręki, jednak ucieczkę uniemożliwił mu jedne z regałów. Oddychał nierównomiernie, przez cały czas szukając rozbieganym wzrokiem, jakiejkolwiek drogi ucieczki. -Twoje ciało jest takie... kuszące. Gdybym wcześniej to zauważył, może ten zdrajca Snape -wypluł z goryczą nazwisko Mistrza Eliksirów -zdołałby przywrócić, więcej sprawności mojemu ciału.

Złapał za przód koszulki chłopaka i podciągnął go do góry. Jednym machnięciem różdżki, usunął wszystkie zbędne przedmioty z biurka, następnie rzucając na nie zielonookiego. Przerażony Harry po tak nagłym spotkaniu z twardą powierzchnią mebla, nie mógł złapać oddechu. Dopiero po paru próbach udało mu się odetchnąć. Nagle poczuł lodowatą dłoń na swoim gardle, która dociskała go do drewnianego blatu.

-Zamierzam cię doprowadzić do takiego stanu, że nie będziesz zdawał sobie sprawy z tego gdzie się znajdujesz. W jękach będziesz się wił, pod moim dotykiem. Będziesz błagał o to bym pozwolił ci dojść, jednocześnie pragnąc bym odesłał cię do lochu – wysyczał i machnięciem różdżki pozbył się jedynej rzeczy, którą Harry posiadał.

Chłopak był tak sparaliżowany, tym co właśnie usłyszał, że nawet nie zarejestrował zniknięcia koszulki. Leżał na twardym biurku, czując jak drewno wbija mu się w kości, jednak nie zwracał na to uwagi. Rozszerzonymi z przerażenia oczami, wpatrywał się w swojego odwiecznego wroga.

-Nie..! -Szarpnął się, czując lodowate palce, przejeżdżające w dół jego klatki piersiowej.

Voldemort, drugą ręką, nadal znajdującą się na jego szyi, bezproblemowo powstrzymał próbę ucieczki. Zabrał dłoń z jego torsu i po paru machnięciach różdżką, zostawił chłopaka przyczepionego do blatu. Zielonooki szarpał się jeszcze przez chwilę, wykrzykując różne pogróżki w stronę Mrocznego Pana, jednak przyczyniło się to, tylko do otarcia wystających kości o drewno oraz poszerzenia, złowieszczego uśmiechu Voldemorta.

-Tak, walcz! Umożliwisz mi pokazanie ci jak bardzo jesteś słaby i jak łatwo jest złamać to, co ty nazywasz dumą i odwagą. Krzycz ile chcesz! Nikt ci nie pomoże! Ten stary głupiec, Dumbledore pewnie nawet nie ma pojęcia gdzie się znajdujesz.

Harry zacisnął dłonie w pięści, gdy ręka czerwonookiego zaczęła masować mu podbrzusze. Jego całe ciało trzęsło się z połączenia zimna i obrzydzenia. Jedynie siłą woli powstrzymywał się od zwymiotowania. Starał się oddychać głęboko, uspokajając mdłości i trzęsące się kończyny.

Nagle poczuł lodowatą dłoń gada, łapiącą go za przyrodzenie. Spiął się, wciągając głośno powietrze. Harry czuł się okropnie -bycie dotykanym w takich miejscach, przez odwiecznego wroga, który niejednokrotnie próbował go zabić, sprawiało, że miał ochotę płakać. Wszystkie te nagłe emocje sprawiły, że przez chwilę nie zwracał uwagi na to, co robił Voldemort. Nie miał pojęcia, dlaczego czerwonooki miałby w ogóle chcieć go dotykać.

Z rozmyślań wytrąciły go ruchy bladej dłoni na jego członku. Sapnął, zagryzając wargi, gdy palce zacisnęły się boleśnie na jego trzonie.

-Widzisz... twoje ciało odpowiada na mój dotyk. Nie próbuj, mu się opierać, to może być przyjemne także dla ciebie.

Harry chciał odpowiedzieć, że nigdy w życiu nie będzie czerpał przyjemności z takiego traktowania, jednak powstrzymał się czując, wznowione ruchy kościstej dłoni. Oczy zaczęły go piec od wstrzymywanych łez, a z zaciśniętych pięści zaczęła skapywać krew. Nie rozumiał swojego ciała, dlaczego reaguje na taki dotyk? Dlaczego pomiędzy falami bólu i upokorzenia, przeplata się także trochę przyjemności?

Paręnaście minut później, zielonooki doznał słabego, wymuszonego orgazmu. Czuł palce Voldemorta, które brudne od jego własnej spermy, kreśliły wzory na jego ciele. Wyczerpany chłopak, nie miał sił na powstrzymywanie łez. Słone krople zaczęły wypływać spod zaciśniętych powiek i spływały w dół, ginąc za linią włosów.

Czerwonooki syczał coś dalej, jednak Harry nie mógł się skupić na treści. W pewnym momencie poczuł, że może już swobodnie ruszać rękoma, lecz nie cieszył się zbyt długo, gdyż następnym czego doświadczył było, bolesne spotkanie z ziemią.

Zakrztusił się powietrzem i łzami. Zaczął kaszleć starając się odzyskać, możliwość oddychania. Dopiero po chwili uniósł głowę do góry i spojrzał w oczy Voldemorta. Było w nich coś dziwnego. Dzikie zadowolenie wymieszane z pożądaniem i... szałem? Zielonooki nigdy go nie rozumiał więc teraz też nie próbował tego zrobić. Leżał na drewnianej podłodze czekając na następny ruch swojego wroga.

-Nie podobało się?! Już ja cię nauczę posłuszeństwa! Crucio!

Harry wrzasnął z bólu. Czuł jakby całe jego ciało, było rozrywane na strzępy. Kończyny wyginały mu się pod dziwnym kątem. Łzy mieszały się z krwią wypływającą z ust i nosa. Nagle w jego głowie pojawiła się jedna wyraźna myśl, chroń brzuch! Instynktownie dotknął kawałka skóry, niedaleko pępka i powtarzał w myślach, prośby o ochronę, wymieszane z różnymi ochronnymi zaklęciami. Nie wiedział czy mu się udało, po chwili która wydawała się dla niego wiecznością, jego umysł zasnuła ciemność.

sobota, 28 stycznia 2012

Próba Miłości - Rozdział 4.2


Witamy Ryżyka! Wiedziałam, że ci się spodoba :] Rozdziałów planuję powyżej dwudziestu, a na poznanie „Ktosia” będziecie musiały jeszcze trochę poczekać :P Tak naprawdę, to jego tożsamość nie jest aż tak oczywista... ale cii... już nic więcej nie powiem. Mam nadzieję, że was pozytywnie zaskoczę. Cieszę się, że podoba ci się mój styl pisania! Dziękuję za komentarze!

Rozdział trochę później niż ostatnio ale mam nadzieję, że parogodzinne opóźnienie was nie zniechęci.

A teraz zapraszam na ciąg dalszy poprzedniego rozdziału!
Enjoy!

W południe następnego dnia znów został zaciągnięty przed oblicze Voldemorta. Śmierciożerca, który go przyprowadził, wyszedł z pomieszczenia i dopiero wtedy krwistooki zwrócił się do Harrego.

-Tak, jak cię wczoraj łaskawie uprzedziłem, będziesssz dzisiaj miał możliwość poznania całego Wewnętrznego Kręgu. - Wysyczał podchodząc do chłopaka. -Mam zamiar trochę urozmaicić zabawę... co powiesz na ukrycie twojej tożssssamości?

Zdziwienie zielonookiego osiągnęło chyba maksymalny poziom. Niby dlaczego Voldemort miałby urywać przed swoimi najwierniejszymi sługami to, kim jest? Przecież wczoraj widziało go już kilku śmierciożerców, a wcześniej jeszcze... wolał teraz o tym nie myśleć.

Musiał coś planować. Na pewno nie chodziło, tylko o ukrycie jego tożsamości. Jakie korzyści mogłoby to przynieść Czarnemu Panu?

-Umiessszczę na tobie zaklęcie, które sssprawi, że będzie wyglądało na to, iż masssz na głowie worek... -zrobił krótką przerwę i dodał ze złośliwym uśmieszkiem -więcej ci nie powiem. Zaraz zjawią się wssszyscy zaproszeni więc weźmy się do roboty.

Wykonał kilka prostych ruchów różdżką i Harremu przesłonił widok, jakiś szary materiał. Chciał dotknąć go palcem jednak, gdy tylko zbliżył rękę poczuł lekkie kopnięcie prądu. Stał przez chwilę w bezruchu zastanawiając się, co też Voldemort kombinował. Nagle coś powaliło go na podłogę, sprawiając, że obdrapał sobie wnętrze dłoni i kolana. Następnie doznał uczucia chłodu, przepływającego przez jego ciało, które ustało po kilku sekundach.

-Na razie pozossstaniesz niewidoczny, więc się nie ruszaj i nie waż się nic powiedzieć!

Po słowach Voldemorta rozległy się trzaski towarzyszące aportacji i już po chwili w sali, znajdowała się grupa ludzi w czarnych płaszczach i srebrnych maskach, klęczących przed swoim Panem.

-Wezwałem was dzisssiaj, ponieważ mam wyśmienitą wiadomość. -Wykonał ręką ruch nakazujący podwładnym powstanie. -Zanim oddam go w wasssze ręce, chciałbym zaznaczyć, że ma on przeżyć, więc niektórzy z was będą musssieli pohamować ssswoje żądze. -Kilku śmierciożerców zareagowało na te słowa, okropnym rechotem.

-Przedsssstawiam naszego gościa ssspecjalnego. -Wysyczał, wywołując poruszenie wśród podwładnych.

Machnął różdżką i zdjął czar niewidzialności z chłopaka. Jasna skóra postaci, niesamowicie kontrastowała z czarną podłogą. Głowę miał zasłoniętą, materiałowym, siwym workiem. Obecni na sali śmierciożercy, zaciekawieni takim widokiem, podeszli bliżej. Zdarzało się, że ich Pan oddawał im jakichś mugoli do zabawy, jednak jeszcze nikt, nie miał zasłoniętej twarzy. Harry drżał na całym ciele, strach mieszał się w nim z obrzydzeniem oraz uczuciem duszności. Pamiętał, że Voldemort wspominał coś o tym, że materiał zakrywający jego głowę jest tylko iluzją, jednak nie zmieniało to faktu, klaustrofobicznego uczucia, przez które miał trudności z oddychaniem. Starał się głęboko nabierać powietrze, by zminimalizować powstające mdłości. Jednak, gdy poczuł na sobie spojrzenia wszystkich osób znajdujących się w pomieszczeniu, był nawet wdzięczny za ukrycie jego tożsamości oraz za koszulkę nadal znajdującą się na jego ciele.

-Gdy już naciessszycie się nim do woli, odsssłonię jego twarz. Zapewniam, że nawet nie podejrzewacie, kogo będziecie pieprzyć.

Wewnętrzny krąg wybuchł śmiechem. Większość z nich była już podniecona i tylko czekali na pozwolenie swojego Pana. Jedynie Lucjusz Malfoy zewnętrznie pozostawał niewzruszony, podczas gdy wewnętrznie borykał się z konfliktem tego co miał zaraz zrobić, z jego światopoglądem. Nigdy nie przepadał za wykorzystywaniem dzieci. Podejrzewał, że było to związane z posiadaniem syna. Oczywiście inni śmierciożercy też mieli rodziny, jednak z pewnością nie zachowywali się jak przykładni rodzice. Sam niejednokrotnie musiał udawać nieczułego bydlaka, w obecności innych sług Czarnego Pana.

Z zamyślenia wyrwało go poruszenie wśród popleczników Voldemorta, Avery przybliżył się do trzęsącej postaci.

Harry poruszył się niespokojnie, gdy wyczuł jakiś ruch za sobą. Gwałtownie wciągnął powietrze gdy poczuł dużą, chropowatą dłoń na swoim pośladku. Stłumił w sobie chęć ucieczki i starał się nastawić psychicznie na to, co miało niedługo nadejść. Jednak nic nie może pomóc w przygotowaniu się na nagłe wtargnięcie do jego drobnego ciała. Mimo wcześniejszych postanowień by za nic w świecie nie dać im satysfakcji z doprowadzenia go do krzyku, wrzasnął rozdzierająco na całe gardło. Śmierciożeca nie czekając ani chwili, zaczął się w nim gwałtownie poruszać. Wsunął dłoń pod cienką koszulkę i przejechał paznokciami po plecach chłopaka, miejscami rozcinając ją aż do krwi. Mężczyzna złapał zielonookiego za biodra i podciągnął je bliżej siebie by, móc wbijać się w niego z jeszcze większą siłą. Harry łapał spazmatyczne oddechy, starając się myśleć o czymś innym, niż uczucie rozrywania. Zaczął powtarzać sobie wszystkie zaklęcia jakie poznał w całym życiu. Było ich na tyle dużo, że gdy poplecznik Voldemorta wypełnił go swoją spermą, nie doszedł jeszcze do końca pierwszego roku nauki. Nie dane mu było odpocząć długo od strasznego uczucia, gdyż następna zamaskowana osoba wdzierała się w jego ciało.

Starał się znów skoncentrować na zaklęciach, jednak przyszło mu to z wielkim trudem. Czuł jak po udach spływa mu jakaś maź, którą najprawdopodobniej była sperma smierciożercy, wymieszana z jego własną krwią. Ciało podrygiwało mu w rytm uderzeń napastnika. W pewnym momencie został uderzony w plecy, potężna ręka przycisnęła jego klatkę piersiową do podłoża. Na chwilę go zamroczyło, gdy jego głowa zderzyła się z marmurem. Z trudem łapał oddechy, coraz bardziej pragnąc zniknąć z tego miejsca.

Godzinę później był już na tyle zmęczony, że pozostawał bierny niemal na wszystko. Nie miał pojęcia ilu śmierciożerców ulżyło już sobie w jego ciele, czuł się wykończony zarówno psychicznie jak i fizycznie. Po batach, łamaniu żeber, uderzaniu jego głową w podłogę i różnych zaklęciach tnących, myślał że nie spotka go dziś nic gorszego, a nawet jeśli, to wątpił by pozostał nadal świadomy. Jednak bardzo się mylił. Po sali tronowej kręciła się osoba, której nienawidził niemal tak samo jak Voldemorta. Bellatriks Lastrange obserwowała wszystko z krzywym uśmiechem i już planowała idealną torturę dla tego dzieciaka. Oczywiście nie mogła go upokorzyć w taki sposób jak ci wszyscy mężczyźni ale miała na to inne sposoby, przez niektórych uznawane za gorsze, nawet od gwałtu.

Gdy podeszła do zielonookiego, w jego wnętrzu poruszał się Lucjusz Malfoy. Ukucnęła przed chłopakiem, który leżał bezwładnie na podłodze i tylko ręce klęczącego za nim śmierciożercy, powstrzymywały go od całkowitego położenia się na podłodze. Złapała nastolatka za ręce i przyczepiła je zaklęciem do przywołanego przez nią krzesła. Arystokrata spojrzał na nią ze zdziwieniem jednak nie okazując żadnych emocji, podniósł się do góry i na stojąco kontynuował, wbijanie się w o dziwo, nadal ciasne ciało.

Reszta osób znajdujących się na sali, zamilkła w oczekiwaniu na następny ruch kobiety, słynącej ze szczególnego okrucieństwa, nawet wśród Wewnętrznego Kręgu. Brunetka wpatrywała się z zafascynowaniem w trzęsące się z wysiłku i zmęczenia ciało chłopaka. Stanęła z boku i po chwili zastanowienia, chwyciła za przyrodzenie nastolatka.

Harry sapnął zaskoczony. Przez chwilę nie zdawał sobie sprawy z tego, co wywołało u niego taką reakcję, jednak domyślił się, gdy dłoń z długimi, ostrymi paznokciami zaczęła się poruszać. Nie chciał tego, bycie... gwałconym było upokarzające, lecz gdyby doprowadzili go do orgazmu... to zupełnie co innego. Szarpnął się, starając uciec od niechcianego dotyku. Przez jego ciało przeszedł dreszcz, gdy mężczyzna poruszający się w jego wnętrzu trafił w prostatę. Próbował wyrwać się ponownie, za co został ukarany, przejechaniem ostrych paznokci po jego poranionych plecach. Wygiął się, uciekając od nowej fali bólu.

Bellatriks zaczęła gwałtownie poruszać ręką na przyrodzeniu zielonookiego, jednocześnie drugą ręką drażniąc jego sutek. Chłopak zaskomlał żałośnie, a po jego policzkach zaczęły spływać łzy wstydu. Usłyszał prychnięcia i gwizdy zadowolenia śmierciożerców, gdy jego ciało zaczęło reagować na niepożądany dotyk.

Harry powtarzał jak mantrę, prośbę o rychły koniec. Jego oddech stał się jeszcze bardziej urywany i płytszy. Ruchy znajdującego się w nim mężczyzny stały się gwałtowniejsze. Po paru pchnięciach poczuł, kolejną falę, rozlewającej się w jego wnętrzu spermy i właśnie ten moment wybrała kobieta, by jeszcze bardziej przyśpieszyć ruchy ręki. Zwiotczały penis napastnika nie wyszedł z niego do momentu, w którym chłopak przeżył najgorszy orgazm swojego życia. Krzesło zostało odesłane i zmaltretowane ciało chłopaka, upadło na podłogę z wysokości niecałego metra.

Zielonooki jęknął żałośnie i zaczął rozpaczliwie szlochać. Jeszcze nigdy nie czuł się tak upokorzony. Nie miał pojęcia dlaczego jego ciało zareagowało na ten dotyk, tak strasznie chciał by już skończyli, niech zostawią go w spokoju. Zwinął się do pozycji embrionalnej, a przez jego ciało przechodziły dreszcze obrzydzenia do samego siebie.

-Brawo Bella. -Rozległ się syk Voldemorta. -Doprowadzić zakładnika do orgazmu w takich okolicznościach... jak zawsze pomysssłowa. -Rozejrzał się po całej sali i kontynuował. -Chyba już wszyscy są zassspokojeni... nadeszła pora na ujawnienie tożsssamości naszego gościa honorowego.

Wszyscy śmierciożercy podeszli bliżej, tworząc krąg dookoła trzęsącej się postaci. Gdy Harry usłyszał co zamierza zrobić jego największy wróg, skulił się jeszcze bardziej. Voldemort cicho coś wysyczał i worek z głowy chłopaka zniknął. Jego najwierniejsi poplecznicy, przyglądali się z zafascynowaniem Wybrańcowi.

-Panie i panowie, oto najwięksssza nadzieja czarodziejssskiego świata! Przedssstawiam wam nassszą nową zabawkę!

W tym momencie ciało Harrego postanowiło, odłączyć go od otoczenia. Otoczyła go nieprzenikniona czerń, nie przepuszczając żadnych dźwięków, czy obrazów. Śmierciożercy wybuchnęli śmiechem i jeszcze przez parę chwil przyglądali się nieprzytomnej postaci i gratulowali swojemu Panu, złapania Pottera. Gdy parę minut później wszyscy członkowie Wewnętrznego Kręgu opuszczali pomieszczenie, tylko jeden z nich nie był zadowolony. Lucjusz Malfoy czuł coś z czym nigdy nie miał do czynienia -obrzydzenie do samego siebie.

Obserwatorzy